Pokot Agnieszki Holland. Recenzja

pokot, kadr, Holland

Czekałam na ten film. Czekałam na niego tak, jak się czeka na coś, co może nas zachwycić lub załamać. Wybierałam się na niego tak, jak idzie się na polski film, pełna uprzedzeń i niechęci. Bałam się tego filmu, a dokładniej tej adaptacji. Czytałam „Prowadź swój pług przez kości umarłych” i zachwyciła mnie ta książka. Zawsze lubiłam Olgę Tokarczuk za szczególny rodzaj wrażliwości i przemycanie w swoich tekstach niewątpliwej prawdy o świecie, a poszukiwanie prawdy cenię w literaturze najbardziej. Jednak ta konkretna książka zrobiła na mnie wrażenie największe, bo właśnie odkrywa jakąś wielką mroczną prawdę o nas. Prawdę, która jest tak aktualna i mniej skrywana. Wychodzi teraz na powierzchnię i jest coraz bardziej odarta z prowincjonalnej obłudy, i fałszywej moralności. Dla mnie jest to książka o wielkiej samotności i wielkiej śmierci.

Powieść Tokarczuk była dla mnie takim trochę egzystencjalnym przeżyciem, film już nie. 
Może to właśnie wynika z tego, że każdy widzi w tej historii coś innego i Agnieszka Holland gdzieś indziej znalazła środek ciężkości, coś innego ją zaintrygowało. To jest też odwieczny problem nieprzystawalności filmu do książki, bo reżyser arbitralnie narzuca jakąś swoją wizję. Książka traci trochę swą wielowymiarowości, wielowątkowość i dowolność. Film zawsze trochę spłaszcza, czasem coś dodaje i odbiera. Nie można pewnie czynić z tego zarzutu. Ale jest kilka rzeczy, które można było zrobić lepiej, tak uważam. Nie trzeba było angażować plejady polskich „gwiazd”. Nie utożsamiałam żadnej z tych postaci, z twarzami Borysa Szyca, Andrzeja Grabowskiego i Tomasza Kota. Bez obrazy, ale w przypadku dwóch pierwszych, to są jakieś zużyte wizerunki kojarzone z telewizyjnym bełkotem i beznadzieją pt. „polska komedia”. A Tomasz Kot, chociaż świetny, pojawia się już w filmach zbyt często. Widząc go, tracę umiejętność skupiania uwagi, bo mam przed oczyma Zbigniewa Religę lub inne postacie. 
Urzekło mnie kilka scen, szczególnie tych krajobrazowych, w których świetnie uchwycono przyrodę taką, jaką lubię najbardziej: dziką, nieokiełznaną, trochę mroczną, tajemniczą i nieprzejaskrawioną. 
Bohaterami są w niej albo zwierzęta, albo bardzo dobra w swej roli Agnieszka Mandat. Mimo wszystko cieszę się, że ten film wyreżyserowała Holland, bo nie zrobiła z tego banalnej historii kryminalnej z dramatem zwierząt w tle. 

Ekokrytyczny wydźwięk tekstu został dobrze wychwycony i pokazany, ale trochę mi w tym brakowało refleksji ogólnej, uniwersalnego odniesienia, bo to nie jest tylko kwestia opieszałości służb i przyzwolenia społecznego. Jest w tym coś więcej, co było w książce, a nie znalazłam tego w filmie. 

Nie mogę powiedzieć, że film mi się nie podobał, ale niestety trochę przegrywa ze świetną książką. Chociaż za takim tekstem bardzo trudno jest nadążyć. 
Chciałabym żeby polski film zyskał trochę świeżego spojrzenia, żeby przestał być areną telewizyjno-śniadaniowych twarzy, specjalistów od żenujących komedii i małych hollywoodzkich kompleksów. 
Takie filmy, jak „Pokot” są trochę krokiem w przód i w tył. Niby jest o rzeczach współczesnych, niby jest w nich coś odkrywczego i zanurzonego w dobrych tekstach, ale jest też coś banalnego, powtarzalnego, jakiś strach przed nowym i niesprawdzonym. Mogę polecić „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, bo to naprawdę świetna polska literatura z bolesną i potrzebną refleksją, a film to jej mała próbka, w której wielkiej prawdy już nie ma.

Bunnies Protector

Autorka tych wszystkich, pokracznych przemyśleń, które znajdują się na blogu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz