Ślepnąc od świateł Jakuba Żulczyka. Recenzja

Ślepnąc od świateł, Żulczyk, okładka, książka

O książce, jak pewnie wiele osób zainteresowanych polskim rynkiem czytelniczym i nie tylko, usłyszałam jeszcze w roku jej wydania. Już wtedy mnie zaintrygowała, tym bardziej, że autor wcześniej wydawał w Lampie, czyli wydawnictwie, które od czasu wypuszczenia na rynek tekstów Doroty Masłowskiej darzę dużym sentymentem. Przypuszczałam, że powieść Żulczyka będzie literaturą dobrą, ale się myliłam, bo powiedzenie o tej książce, że jest dobra, będzie poważnym niedopowiedzeniem i niedocenieniem. 
Ta powieść jest dziełem świetnym, a chłonie się ją tak szybko, że nie zdążymy się w niej nawet w pełni rozsmakować.
W ramach krótkiego przytoczenia treści powiem tylko, że Ślepnąc od świateł to opis kilku burzliwych dni z życia warszawskiego dilera narkotyków, który porusza się w świecie medialnych postaci, polskiego szołbiznesu i warszawskich celebrytów oraz wszelkiej maści osób publicznych, i to oni stanowią grupę docelową w jego biznesie. 

Myślę, że sam temat już w jakiś sposób jest czytelniczym wabikiem i pociąga entuzjastów lokalnego, polskiego kolorytu w nowoczesnym, czy właściwie ponowoczesnym wydaniu. Jednak w mojej opinii, nie to jest największą siłą tej powieści. Fabuła, chociaż świetnie skonstruowana i bardzo żywa nie jest dla mnie tu najważniejsza. 
Największą wartością tego tekstu jest mocny, czasem brutalny, prześmiewczy i barwny opis współczesnej warstwy społecznej będącej wytworem nowoczesnych przemian ustrojowych i rynkowych w Polsce. 
Mamy tu artystów, którzy raczej są wytwórcami komercyjnych kalek i banerowej sztuki. Są projektanci, dziennikarze, prezenterzy telewizji śniadaniowej i całe zaplecze warszawskiego rynku mediów. Obraz tego świata jest tak rzeczywisty i dobrze zakrojony, że miejscami powieść zyskuje wartość reportażową. I nie chodzi tu o prawdziwość ukazanych bohaterów i wydarzeń, bo ich fikcjonalność jest oczywista, ale o pewne tendencje w sposobie bycia i zachowaniu. O komercyjny śmietnik, kapitalistyczno-komercyjne podejście do pracy i specyfikę warszawskiej kultury eventowej, w której królują pokazy mody, wernisaże, otwarcia butików oraz ich beneficjenci i osoby aspirujące do tej grupy.

Dla wielu czytelników jest to powieść o narkotykach i nowej wizji narkomanii, która nie jest już środkiem powolnego samobójstwa, ale sposobem na utrzymanie się w głównym nurcie, bycie zawsze na szczycie i pozostanie w pełnej gotowości  pracy. 
Mam wrażenie, że to już też jest jakiś nowy wytwór kultury i znak czasów – narkotyk jako narzędzie do sprawowania kontroli nad swoim życiem i pracą. Nie jest w stanie czystym, więc nie szkodzi, zwiększa tylko naszą wydolność i powoduje tak potrzebne rozluźnienie. Współczesny narkoman, który nigdy się tak nie nazwie, to osoba na wysokim stanowisku lub/i stojąca przed dużymi zawodowymi wyzwaniami. 
To nie jest już ćpun z ciemnej uliczki dający w żyłę. Chyba taki obraz narkomanii pojawia się coraz częściej i to to opisuje Żulczyk.

A czym dla mnie jest tak książka? Historią o poszukiwaniu własnej tożsamości i poczuciu silnej nieprzystawalności do nowego otoczenia i współczesnego społeczeństwa. Ale także o walce bohatera z własnymi demonami i jego pragnieniu wyłączenia się ze środowiska, stanięcia obok, usytuowania się poza nurtem i wreszcie zdobycia anonimowości, która jest niemal nieosiągalna. 
Nie jest łatwo odciąć się od ludzkiej, miejskiej masy, bo ona wchłania i nie pozwala się uwolnić. Jest to też powieść o samym mieście. Warszawa jest jak organizm. Jest uszkodzona, połamana, ciężko oddycha. Nie może odpoczywać. Musi żyć, wchłaniać brud nocy i wytrzymywać tempo za dnia. Składa się z peryfieriów. Jej prawdziwy krajobraz tworzą zaburzone konstrukcje architektoniczne, miejsca pozornie pozbawione tożsamości, takie jak zaplecza budynków, odgrodzone metalową siatką obszary, parkingi itd. To z takim miejsc składa się Polska.

Nie przepadam za entuzjastycznymi recenzjami, które przypominają reklamy, ale nie miałam takiego odruchu, żeby szukać w tej powieści jakichś niedociągnięć. Może one tam są, ale ja ich nie widzę. Wchłonęłam tę książkę trochę jak narkotyk. Zachwyciły mnie te wszystkie warstwy interpretacyjne. Tu jest dużo materiału do własnej refleksji, do nadbudowania sensów. To co mnie bardzo wciągnęło, to ta cudowna, nieprzekalkulowana siła wielkiego talentu pisarskiego, który jest widoczny w każdym elemencie tekstu, wybija na wszystkich stronach i w pojedynczych zdaniach. To jest świetna powieść dla osób, które przebadają za mocną, dobrze osadzoną i wartką fabułą, ale jest też tu dużo szerokiego kontekstu wartego zbadania. Dla jednych i drugich, ta książka będzie naprawdę świetnym wyborem.

Bunnies Protector

Autorka tych wszystkich, pokracznych przemyśleń, które znajdują się na blogu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz